Po bitwie

„Piękna bitwa” nie zakończyła jednak wojny, a Polska jeszcze  nie była wolna od bolszewickiego zagrożenia.

Pod koniec bitwy warszawskiej,  spod niezdobytego Lwowa, na Zamość kierowały się  dwie wielkie formacje nieprzyjaciela – I Konna Armia Siemiona BUDIONNEGO  i  XII A Georgija WOSKANOWA  z nakazanym zadaniem wsparcia Frontu Zachodniego Michaiła Tuchaczewskiego.   I Armia Konna (Konaramia) licząca ok. 16 tysięcy ludzi  w rajdzie przez Ukrainę  pokonała w ciągu 30 dni nieprzerwanej jazdy 1200 km zostawiając po sobie pożogę,  masakrę jeńców i ludności cywilnej.

Po ciężkich  walkach polskiej jazdy płka Juliusza Rómmla z konnicą Budionnego pod Zamościem i Komarowem, uznawanych za największą bitwę kawaleryjską XX wieku, dnia 31 sierpnia  I  Konarmia utraciła zdolności zaczepne i wycofywała się na wschód,  a XII A zrezygnowała z działań ofensywnych i również rozpoczęła odwrót. Wzmocniony Front Południowy dowodzony teraz  przez gen. Sikorskiego przystąpił do działań ofensywnych.

Jednak to zwycięska Bitwa Warszawska była punktem zwrotnym w wojnie polsko-sowieckiej, należało więc właściwie wykorzystać osiągnięte sukcesy. Przy czym polskie wojsko osiągnęło już pewien stan wypełnienia, natomiast bolszewicy mieli wielkie możliwości czerpania z ogromnych rezerw ludnościowych. Mając to na względzie  Naczelny Wódz,  już w końcowym stadium bitwy warszawskiej,  rozważał możliwe warianty kolejnej rozprawy z Tuchaczewskim,  ażeby zakończyć tę wojnę rozgromieniem wojsk napastnika, które choć pobite, ostały się.  Pobite dywizje, po uzupełnieniu stanów, w krótkim czasie odtworzyły sprawność bojową, wrócili także bojcy  internowani w Prusach. Dowódca z silną motywacją  dążył do rewanżu.

Nasze armie ponownie  miały iść na wschód. Dokonano koniecznych zbiegów – przegrupowania, uzupełnienia jednostek oraz zabezpieczenia  bojowe.  Zniesione zostały dotychczasowe dowództwa frontów, zreformowano dwie armie  1  i  5.  Rozwiniętymi na północy armiami 2,  3,  4  i  6 dowodził sam Wódz Naczelny.

Na odprawie 10 września w BRZEŚCIU przedstawił plan bitwy nad Niemnem. Zadaniem było rozgromienie wojsk sowieckiego Frontu Zachodniego, a w działaniach zaplanowano stosowanie taktyki realizowanej nad Wisłą.

Po przerwie zaistniałej po walkach pod Warszawą, 22 września rozpoczęła się bitwa niemeńska. W wyniku trzydniowych ciężkich walk, dnia 25 września polskie oddziały zdobyły GRODNO. Rozpoczął się odwrót Armii Czerwonej i trwał prawie cztery tygodnie.

Sukcesy pod Zamościem i nad Niemnem umożliwiły przejście do ofensywy. Do końca września zajęte zostały miasta  KOWEL (13.IX.), ŁUCK, RÓWNE,  ZASŁAW  i cała Galicja Zachodnia po rzekę Zbrucz,  a  z początkiem października ofensywa przeszła już w pościg.  10-ego zdobyto ŚWIECIANY, 12- MOŁODECZNO, 18 – MIŃSK,  a na południu kawaleria płk. Rómmla – szturmem – zdobyła KOROSTEŃ leżący 150 kilometrów od Kijowa.

12 października w Rydze został podpisany układ o zawieszeniu broni, który miał wejść w życie o północy 18 października 1920 r. Tego  dnia wojska sowieckie opuściły MIŃSK LITEWSKI,  w którym od czterech miesięcy stacjonował sztab d-cy Frontu Zachodniego. O godzinie 24 wstrzymane zostały działania na całym froncie walk.

Ponownie nie udało się okrążyć i zniszczyć przeciwnika. Nastąpiło zwycięstwo polskich armii, ale cel batalii nie został w pełni osiągnięty.

 18  marca 1921 r. w Rydze doszło do podpisania Traktatu pokojowego.  Traktat Ryski był faktycznym uzupełnieniem Traktatu Wersalskiego, kończącym otwarte sprawy w Europie środkowo-wschodniej, głównie ustalenie polskiej granicy wschodniej. W traktacie stwierdzono,  że obydwie  ”strony zapewniają sobie nawzajem całkowite poszanowanie suwerenności państwowej”,  tym samym nastąpiło  u z n a n i e  rządu sowieckiego Lenina.

Zaraz po Bitwie Warszawskiej polska opinia publiczna żyła problemem autorstwa zwycięstwa. Prawica starała się zdyskredytować Naczelnego Wodza i pomniejszyć jego zasługi. Przeciwko Józefowi Piłsudskiemu wysuwano najróżniejsze zarzuty, a samo zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej przypisywano siłom nadprzyrodzonym. Określenie „cud nad Wisłą”  w zamiarach prawicy miało dowodzić, że konieczna była interwencja Boga, ażeby przy tak niedołężnym wodzu uratować Polskę przed „nawałą bolszewicką”. Ale ogół społeczeństwa przyjął zwycięstwo jako dowód ponadziemskiego wsparcia Narodu w słusznej sprawie o jaką walczył.

Krytycy Piłsudskiego podnoszą sprawę jego wyjazdu na Front Środkowy podkreślając, że „w najważniejszym momencie bitwy” miejsce Naczelnego Wodza było w zagrożonej stolicy, skąd mógłby koordynować działania oddziałów na różnych odcinkach frontu, co na przykład uniemożliwiłoby wycofanie się większości sił wroga za Niemen. Przypominają jednocześnie o jego „pisemnej dymisji”  z funkcji Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza złożonej na ręce premiera Wincentego Witosa. Zarzucono także Józefowi Piłsudskiemu, że wybrał sobie najłatwiejsze zadanie. Gdy trwały zacięte boje pod Warszawą czy nad Wkrą, on dokonywał z Puław przeglądu wojsk, a potem prowadził je nie napotykając większego oporu.

Dużo zamieszania zrobiła opinia, że autorem planu przeciwuderzenia z nad Wieprza jest szef sztabu aliantów gen. Maxime Weygand lansowany na Naczelnego Wodza. Wobec nacisku misji alianckiej, aby wykorzystać wiedzę fachową Weyganda, 27 lipca 1920 r. Józef Piłsudski mianował go doradcą szefa Sztabu Generalnego,  którą pełnił do 25 sierpnia 1920 r.

„Rola gen. Maxime Weyganda w Bitwie Warszawskiej była minimalna. Przyzwyczajony do dowodzenia dużymi masami wojsk, wyposażonych w ciężki sprzęt, zalecał tworzenie stałego frontu na wzór I wojny światowej, nie rozumiejąc, że warunki wojny ruchomej, jaką była wojna polsko-bolszewicka wymagają całkowicie odmiennej taktyki. Jednakże nie mniej ważne od tego było, iż Weygand  nie rozumiał zupełnie ani polskiej, ani bolszewickiej mentalności i wzorem polityków Zachodu skłonny był wierzyć bolszewickim zapewnieniom o „umiłowaniu” przez nich pokoju. (…)  Stąd też Weygand był lekceważony  przez polskich dowódców, którzy nie tylko, że nie słuchali jego wątpliwej jakości rad, ale lekceważyli go, posługując się w jego obecności językiem polskim. (…) przed Bitwą Warszawską gen.Weygand zażądał oddania bolszewikom Lwowa i opuszczenia przez Polaków Małopolski (tj. skrócenia frontu południowego i odwrót na linię Sanu, a przez to uzyskania odwodów aby uderzyć na wroga pod Warszawą – podk. wł.). Odrzucony został także jego plan utrzymania linii Bugu, a w tydzień później obrony linii Wisły” (Andrzej L. Szcześniak, Cud nad Wisłą, Radom 2002, s.39-40).

Uważany przez Francję i Anglię za kandydata na stanowisko Naczelnego Wodza Wojska Polskiego,  sam  gen. Weygand twierdził później, że jedynie  ”armia polska, dowodzona przez Polaka może i powinna ocalić Polskę”. W liście do marszałka Ferdynanda  Focha pisał, że tuż przed decydującą bitwą nie można zmieniać ani Naczelnego Wodza ani Szefa Sztabu Generalnego, bo przyniosłoby to klęskę. W wywiadzie dnia  21 sierpnia w Warszawie stwierdził: „To zwycięstwo, które jest powodem wielkiego święta w Warszawie, jest zwycięstwem polskim; operacje wojskowe zostały dokonane przez generałów polskich według polskiego planu operacyjnego”.

Piłsudski, polecił gen. Rozwadowskiemu na pożegnanie  wręczyć gen. Maxime Weygandowi order Virtuti Militari.   Narodowa Demokracja, na złość Piłsudskiemu, żegnała go entuzjastycznie jako „zbawcę ojczyzny”. Triumfalnie został powitany w Paryżu i odznaczony Wielkim Orderem Legii Honorowej. Wśród Francuzów uchodził za głównego pogromcę bolszewików, który uratował Polskę. Podobną opinię wyrażano w Wielkiej Brytanii. Piłsudski natomiast na Zachodzie był traktowany jako „zdradliwy sprzymierzeniec prowadzący Polskę do ruiny”  bo  nie dopomógł Denikinowi w walce z bolszewikami (Janusz  Szczepański op.cit.).

Podstawy złotej legendy gen.Weyganda wyjaśnia Norman Davis w dziele „Orzeł Biały Czerwona Gwiazda”  -  ”We Francji wiktoria Weyganda nigdy nie podlegała dyskusji. Dla całego narodu był niczym balsam, dla rządu zaś stanowiła dar niebios. Połechtała narodową dumę i wsparła rosnące wpływy katolicyzmu. „Cud nad Wisłą” zbiegł się w czasie nie tylko z kanonizacją Joanny d`Arc (…) ale również z kampanią prezydencką … rządowy Blok Narodowy … starał się, by jego przywódca – Millerand – awansował z premiera na prezydenta… Millerand wysłał do Warszawy Weyganda, a Weygand zwyciężył (Czerwoną Zarazę)” (s.226-227).

Według wielu nawet uczestników wydarzeń z sierpnia 1920 r.  Bitwą Warszawską nie dowodził ani Piłsudski, ani Weygand, ale szef Sztabu Generalnego WP – gen. Tadeusz Rozwadowski, który stanowisko objął 22 lipca 1920 roku,  popierany przez aliantów. Bardzo dobrze układała się współpraca gen. Rozwadowskiego z Ministrem Spraw Wojskowych gen. Kazimierzem Sosnkowskim oraz  z dowódcą Frontu Północnego gen. Józefa Hallerem.

Najczęściej jednak uważano, że zwycięskim dowódcą w Bitwie Warszawskiej był Naczelny Wódz. Opracował ogólny zarys planu bitwy obronno-zaczepnej, wybrał optymalny wariant miejsca koncentracji Grupy Uderzeniowej. Wariant zaproponowany przez gen.
Rozwadowskiego koncentracji w rejonie Garwolina, bliżej Warszawy, pozwalał jedynie na uderzenie płytkie, które nie dawało gwarancji zniszczenia oddziałów wroga pod Warszawą, pozwalające zaledwie na ich wycofanie się.

Mimo wszystko należy pamiętać, że bez Józefa Piłsudskiego nie doszłoby do Bitwy Warszawskiej. On wybrał koncepcję zwrotu zaczepnego, podpisał rozkaz z 6 sierpnia 1920 roku i wziął na swoje barki, jako Naczelny Wódz, całą odpowiedzialność za jego wykonanie. Za klęskę spadłaby odpowiedzialność nie na Weyganda i Rozwadowskiego, lecz wyłącznie na Piłsudskiego jako Naczelnego Wodza. Jednocześnie zdołał wznieść się ponad swoje ambicje, uprzedzenia i powierzyć odpowiedzialne stanowiska najbardziej utalentowanym i doświadczonym generałom. A swoim autorytetem potrafił utrzymać dyscyplinę w kadrze oficerskiej najwyższych stopni. (Podobno w sierpniu 1920 r. po Warszawie krążył żart, że gen. Rozwadowski bardziej się lękał Piłsudskiego niż bolszewików !).

U sowietów Siergiej Kamieniew nie potrafił narzucić dyscypliny Stalinowi i Budionnemu. A niewątpliwie była to jedna z przyczyn klęski wojsk sowieckich w Bitwie Warszawskiej. Na wyraźny zakaz komisarza Stalina dowódca 1 Armii Konnej nie skierował swych sił pod Warszawę, mimo dyrektywy naczelnego dowództwa i usilnych żądań Tuchaczewskiego, lecz w najważniejszym momencie bitwy usiłował zdobywać Lwów  ”męcząc się” pod Zadwórzem, polskimi Termopilami.

Klęski poniesionej w wojnie z Polską przywódcy sowieccy nie zapomnieli nigdy. Dotyczyło to przede wszystkim Józefa Stalina. Jego decyzja o losie polskich jeńców wziętych do niewoli w 1939 roku była zemstą za klęskę Armii Czerwonej w sierpniu 1920. Podobno Stalina doprowadzała do pasji śpiewana w Związku Radzieckim czastuszka: „Rassija, Rassija maja, takaja mała Polsza, a pobiediła tiebia…”
I obecnie, Rosjanie niesprawiedliwie oskarżają Polaków o wymordowanie ich żołnierzy, jeńców, którzy dostali się do niewoli podczas wojny polsko-sowieckiej 1920 r.

Dramatyczne walki, toczone w sierpniu 1920 roku wryły się głęboko w pamięć narodu. Nastąpiło przełamanie kompleksu przegrywanych walk. Odparcie Armii Czerwonej spod Warszawy urosło do rangi symbolu własnej siły, bądź co bądź, było zwycięstwem nad armią wielkiego mocarstwa, przeciwko któremu bezskutecznie walczyły poprzednie pokolenia Polaków. Kolejną klęską bolszewików była dopiero przegrana w Afganistanie.

Z  taborami armii bolszewickiej do umęczonego wojną kraju  zjechali do Wyszkowa bardzo „mili”  goście księdza proboszcza, trzej renegaci, przywódcy niedoszłej Polskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej  Julian Marchlewski, Feliks Dzierżyński i Feliks Kon. Przywieźli afisze ogłaszające władze „republiki”,  które miały być rozklejane na murach Warszawy. Kiedy – jak niepyszni – już uciekli, korespondent  Stefan Żeromski napisał o tych ludziach:  ”Kto na ziemię ojczystą, chociażby grzeszną i złą, wroga odwiecznego naprowadził,  zdeptał ją,  splądrował,  spalił,  złupił rękoma cudzoziemskiego żołdactwa, ten się wyzuł z ojczyzny. Nie może ona być dla niego już nigdy domem ni miejscem spoczynku. Na ziemi polskiej nie ma dla tych ludzi już ani tyle miejsca, ile zajmą stopy człowieka, ani tyle, ile zajmie mogiła”  (Stefan Żeromski, Na probostwie w Wyszkowie – w zbiorze   Śladami Bitwy Warszawskiej 1920. Czytelnik 1990, s.25).

W niedawnej PRL ci renegaci ogłoszeni zostali pionierami komunizmu i wielkimi „bohaterami”. Ich pomniki i ulice zaśmiecały przestrzeń publiczną w Polsce aż do 1990 r. A Pan Stefan – niestety – mylił się. Na Powązkach, w pobliżu grobów żołnierzy 1920 roku, obok powstańców warszawskich, leżą w alejach „zasłużonych”  kolaboranci i zdrajcy Narodu Polskiego, którzy  na tę Ziemię dwa razy przyprowadzili wroga.

Na zakończenie przytoczmy również słowa lorda d’Abernon, szefa alianckiej misji wojskowej w Polsce, który stwierdza: „Współczesna historia cywilizacji zna mało wydarzeń, posiadających znaczenie większe od bitwy pod Warszawą w roku 1920. Nie zna zaś ani jednego, które by było mniej doceniane … Zwycięstwo osiągnięte zostało przede wszystkim dzięki strategicznemu geniuszowi jednego człowieka i dzięki przeprowadzeniu przez niego akcji tak niebezpiecznej, że wymagała nie tylko talentu  ale i bohaterstwa” (z cytowanej książki  ”18 Decydująca Bitwa Świata” s.10).